| Wersja była tylko dla Mamy, ale Tatuś też dostał:) |
Witajcie, kochani!
Piszę tego bloga dla wszystkich znajomków, którzy są ciekawi nowego życia, które zaledwie tydzień temu zaczęłam. A pomyśleć, że decyzja o wyjeździe z Polski zapadła niewiele ponad dwa miesiące temu...
Jeśli trafiasz tu przypadkowo, także zapraszam do poznania mojej brukselskiej przygody:)
No właśnie... Zaledwie tydzień, a tyle się już wydarzyło.
Już na lotnisku miasto poinformowało mnie żarcikiem językowym (belgijski humor), że powinnam być dumna z bycia brukselką:
| "Brussels sprout" (ang.)- brukselka. "Sprout to be Brussels"- "so proud to be Brussels"- dumna z bycia... Brukselą? ;) |
Pierwszą noc spędziłam dzięki uprzejmości koleżanki z pracy w jej i jej chłopaka mieszkaniu. Przyjechali kilka dni przede mną. Wszyscy mamy mieszkania puste, ponieważ w stołecznym mieście Belgii panuje zwyczaj wynajmowania mieszkań niewyposażonych. Całe szczęście, że mam lodówkę, zamrażarkę, zmywarkę i zlew w kuchni. Ale o życiu minimalnym napiszę oddzielny post.
Pralki jednak nie mam. Nikt z nas (Polaków, co właśnie przyjechali) nie ma pralki. Biorąc pod uwagę fakt, że mam dwa talerze na krzyż, a nieco więcej ubrań, posiadanie zmywarki jak na razie może mi się przydać albo na przechowanie tej zawrotnej ilości naczyń, albo na pranie ubrań. Co by tu wybrać...?
Jeszcze przed przyjazdem byłam świadoma, że w wybranym przeze mnie mieszkaniu jest jedynie opcja podłączenia WŁASNEJ pralki w piwnicy bloku (owszem), ale jakoś z wrażenia i emocji nie przywiązałam do tego wagi. Teraz widzę, że brak pralki jest zjawiskiem powszechnym- na jednym z blogów pewna Polka napisała, że ma podobne doświadczenia. Można za to skorzystać z licznych pralni publicznych, gdzie, jak sądzę, będę często bywać, zanim nie nabędę własnego sprzętu...
| Tak wygląda instrukcja obsługi w pralni publicznej. Don't forget to take the rest of your MONIES! and TANK you! |
Układając grafikę do bloga nie przekonały mnie ani ogniste wzory tła, ani symbole podróży, ale jak zobaczyłam pralki uznałam, że choć nie jest to obrazek jednoznacznie kojarzący się z miejscem, w którym przebywam, to jednak owe sprzęty przyjmą szerszą symbolikę.
Nie tylko o pralkę bowiem tu chodzi.
Połuchajcie dalej.
Nazajutrz rano mój Agent Nieruchomości (taki oryginał, że chyba poświęcę mu oddzielny wpis) umówił mnie z właścicielem oraz ekspertem na coś, co po francusku nazywa się etat des lieux- krótko mówiąc- ogląd stanu mieszkania. Zagubiłam się w dzielni, ale, że jak zwykle Opatrzność nade mną czuwa- dotarłam na miejsce spóźniona jedynie 15 minut.
Powitał mnie Pan powyżej sześćdziesiątki oraz około pięćdziesięcioletnia Pani. Mówili tak szybko po francusku, że sama zdążyłam tylko wciąć się przeproszając, że się spóźniłam. Okazało się, że Agent nie przyjdzie (on się zorientował już, że trzeba do mnie mówić WY- RAŹ-NIE. Oni niestety jeszcze nie). Zatem radzę sobie, wciąż zastanawiając się, które z nich to właściciel, a które- ten rzeczony ekspert. Najpierw zrobili zdjęcia licznikom, następnie poszliśmy na górę, gdzie pani wypełniła jakieś formularze.
- Jak będzie się coś działo, to proszę się nie wahać i dzwonić od razu, powinienem być w pobliżu- powiedział Pan, kiedy już byłam przekonana, że właścicielką jest jednak Pani.
Pani spisała dokumenty, przenośnym terminalem zgarnęła kupę kasy i w zasadzie po podpisniu umowy w agencji (gdzie Agent już się pojawił), dostałam klucze.
Kiedy poleciałam do banku, aby jeszcze założyć konto gwarancyjne z kaucją wysokości dwóch czynszów, zrozumiałam, że na życie krezusa jeszcze będę musiała poczekać... Ale co, i gołe ściany są całkiem spoko. Gdyby zadzwonił mój kolega Marian, powiedziałabym, że "tu jest jakby luksusowo!".
W tym przypadku "jakby" robi wielką różnicę.
W jakiś czas potem, kiedy już pożegnałam i panią ekspert, i pana właściciela i nawet pana Agenta, który był tak miły, że wpadł zapytać, czy wszystko jest ok,okazało się, że:
- dwie klamki odpadają,
- zlew w łazience cieknie,
- płyta indukcyjna jest pęknięta (już w lipcu słyszałam, że ma być nowa, ale jak widać- do tej pory nie doszła),
- piekarnik wieje chłodnym powietrzem (sic!).
Zatem brak pralki to tylko jeden plasterek tego większego pasztetu.
Oczywiście zainterweniowałam w powyższych sprawach, ale, z tego, co zdążyłam zauważyć, Belgowie, a może konkretnie brukselczycy, są tak wyluzowani, że nie mają najmniejszego problemu ze sprawami, które u nas w Polsce uchodzą za PILNE.
Tak. Takie to pierwsze moje chwile w tym ciekawym mieście. Ahoj przygodo. A to dopiero początek...😉😉😉
Ce la vie? :)
OdpowiedzUsuńC'EST la vie!
UsuńMarysia widzę że ta brukselka podobna do.mojej zielonej wyspy łącznie ze sprawami "pilnymi" powodzenia kochana początki są trudne ale wspomnienia będą niesamowite :) pozdrawiam Weronika
OdpowiedzUsuńTak, jak widać na Zachodzie ludzie są bardziej wyluzowani, choć tutaj to nawet powiedziałabym- "olewczy" w wielu sprawach... Oby się Twoje słowa spełniły, oby wkrótce to już były tylko wspomnienia...
Usuń